Stereotypy i maski

Wiele lat temu, pewna pani doktor pracująca na wydziale prawa powiedziała mi, iż jedną z cech charakteryzujących i odróżniających adwokatów od przedstawicieli innych grup zawodowych jest to, że na pięć minut przed śmiercią, będą szeroko się uśmiechać, a zapytani jak się miewają, być może dowcipkując odrzekną, że lepiej być nie może. Mimo, iż dostrzegam niezliczoną ilość przymiotów przedstawicieli palestry, to jednakowoż nie sądzę, iż odpowiedź tego rodzaju miałaby jakiś transcendentalny podtekst. Jeśli przyjąć, że obserwacja wspomnianej pani dr była trafna, to rzekłbym, iż stali się jednymi z prekursorów w Polsce trendu, który znacznie wykroczył poza amerykańskie I'm fine.



Gdy spotkamy się z prawnikiem, nawet, jeśli do spotkania dojdzie na poczcie głównej kilka minut przed północą (och te terminy...), jest wielce prawdopodobne, że rozpoznamy jego profesję, nie tylko po starannie dobranej garderobie, lecz przede wszystkim po niesłabnącej energii głosu, potoku słów i kliku anegdotek z ostatnich spraw (raczej tych wygranych), którymi będzie dzielił się, najprawdopodobniej, z innym jurystą z kolejki. Ładnym ozdobnikiem branżowym, który pasuje do tej opowieści jest pewien żarcik... „Jak rozpoznać adwokata na spotkaniu towarzyskim? Otóż trzeba chwilę poczekać, aż sam Ci o tym powie :-)”.
Gdy natrafimy na artystę, dla przykładu aktora, to w zależności czy bliżej mu do wizerunku komika, czy też odtwórcy wiekopomnych dzieł dramatycznych, można bez większego ryzyka obstawiać, iż nie zawiedzie nas swym obejściem. Pierwszy będzie głośno opowiadał dowcipy, snuł pikantne historie, najpewniej dotyczące życia (współżycia) przyjaciół celebrytów, drugi może zadeklamuje wieszcza, podda srogiej krytyce stan kultury narodowej i kultury w ogóle, wyrazi oburzenie na plebejskość publiki, nawet jeśli mamy przyjemność ze szczęściarzem, któremu gust większości pozwolił na zakup bardzo nieekologicznego superauta. Jeden i drugi natomiast, chętnie będzie rozprawiać o sensie życia oraz miłości, o właściwym wychowaniu dziecka i diecie, o potrzebie ratowania matki ziemi przed globalnym ociepleniem, głodem i błędami polityków grążącymi zagładą ludzkości.
Gdy zajrzymy na portal społecznościowy, wszyscy tam ładni tacy, eko, pronatura, szczupli i modni, poligloci, kreatywni, zaangażowani i szczęśliwi.
Gdy spotkamy... 50-latka/latkę okaże się niejednokrotnie, że jakiś cudem, zachował duchową i umysłową świeżość 18-latka/latki, gdy zaś pobędziemy z 18-latkiem/latką, okazać się może, że jego/jej doświadczenia życiowe – relacyjne, seksualne, społeczne, biznesowe, pozwalają dać im wyraz w książce, scenariuszu, czy tekście piosenki, w sposób powodujący powszechną zadumę nad źródłem takiej wiedzy i wrażliwości.
Obawiam się, że można by tak w nieskończoność...

Co powoduje, że tak wyglądamy (chcemy wyglądać), i że tak czytamy innych. Stereotypy to czy maski. A jeśli tak, to po co nam one?

Nie mam wątpliwości, że każdy z nas stereotypizuje otaczającą rzeczywistość, czemu wyraźnie dałem wyraz przed chwilą... Ludzi, sytuacje, w których się znajduje. To z pewnością porządkuje i ułatwia nam funkcjonowanie. Jest jednocześnie pułapką, w którą wpada zarówno twórca stereotypu, jak i podmiot do którego się on odnosi. Dlatego warto mieć świadomość tego zjawiska i zachować odpowiednią uważność. Jednakże w tym miejscu interesuje mnie druga strona skłonności do stereotypizacji, a mianowicie budowanie wizerunku, który wbrew zapewnieniom wielu specjalistów, rynku, czy nawet osób z najbliższego otoczenia, staje się naszym więzieniem i internalizuje poczucie wewnętrznej dysharmonii. Prowadzi również w dłuższej perspektywie do odkrycia, że nie otrzymujemy w kontaktach ze światem dóbr, których naturalnie domaga się nasze ludzkie jestestwo. Myślę tu o budowaniu przestrzeni dla takich prozaicznych wartości jak przyjaźń, otwartość, miłość, bezwarunkowa akceptacja, w tym aprobata takich fenomenów jak choroby, starzenie się, śmierć. Także widzenie ułomności ludzkich i zrozumienie dla nich.

Gdy w ostatnich dniach natknąłem się w przestrzeni publicznej na zdjęcia rodziców pozujących ze swym martwym dzieckiem oraz kiedy dotarła do mnie informacja o śmierci Robina Williamsa pomyślałem, że to kolejna smutnie dobra sposobność do pomówienia na temat ludzkich kreacji. Czytając komentarze aktorów, kabareciarzy itp., którzy opowiadali jak rezonuje w nich ta tragedia, jak doskonale rozumieją rozdźwięk między permanentną grą, którą uprawiają, a ich grą wewnętrzną, odnoszę wrażenie, iż z pola widzenia znika, że osobiście ciężko zapracowujemy na istnienie bolesnych sprzeczności. Retorycznie zapytuję więc, czy to konieczne by wciąż coś udawać, coś sobie/światu udowadniać??? Czy aby tak MUSIMY? Czy chcąc zachować wspomnienie o dziecku, które tak tragicznie nas opuściło, musimy korzystać z profesjonalnego fotografa, uśmiechnąć się z czułością w kadrze? Czy nie prościej byłoby płakać...? Po to by łatwiej było się w przyszłości ŚMIAĆ I CISZYĆ ŻYCIEM...

Stawiam tezę, że im częściej odważymy się po prostu być, tym rzadziej będziemy słyszeć o alkoholizmie, narkomanii, samobójstwie, a jeśli już do tego dojdzie, nie będziemy zszokowani pytać, jak on/ona mogła coś takiego zrobić...
Trwa ładowanie komentarzy...