Pozywać, nie pozywać?

Kilka tygodni temu, przed aferą taśmową i mistrzostwami świata w piłce nożnej, czyli w życiu mediów dawno, dawno temu, pojawiła się wiadomość, iż pewien 29-latek zdecydował się pozwać własnych rodziców, w związku z cierpieniami jakich doznał w dzieciństwie. Bezprecedensowy charakteru procesu, bezpośrednie jego odniesienia do kwestii ochrony dóbr dzieci oraz możliwych sposobów ich zabezpieczania i realizacji powodują, że problem jest wciąż żywy i będzie powracał. Zanim zostaniemy na nowo rozemocjonowani werdyktem sądowym w tej sprawie, jestem pewien, iż warto kontynuować rozważania naTemat.

Na wstępie warto zauważyć, iż ów precedens, polegający na domaganiu się od rodziców, w drodze procesu sądowego, pieniężnego zadośćuczynienia za krzywdy doznane w dzieciństwie, stanowi „wdzięczne” pole do refleksji, nie tylko nad stanem relacji rodzinnych, lecz także kondycją relacji dzisiejszego społeczeństwa do wartości, w kulturze europejskiej zdeterminowanych tradycją chrześcijańską.



Dla wielu pozew ten stał się świetną okazją do ponownego, być może silniejszego niż dotąd, upomnienia się o ochronę prawa dzieci do dobrego dzieciństwa, a co najmniej dzieciństwa wolnego od przemocy i innych patologii, ze skutkami których trzeba się mierzyć nie rzadko przez całe życie. Nie mam nic przeciwko, kolokwialnie rzecz ujmując, by przy okazji tego procesu, wspominać o potrzebach dzieci, o kształtowaniu bezpiecznych dlań warunków wzrastania, w oparciu o stabilne, ciepłe, świadome i uważne rodzicielstwo. Pewnie nigdy za wiele sposobności ku temu...

Jednakże za nieuprawnione uważam głosy, które wszczęcie tej sprawy utożsamiają ze skalą okrucieństw dotykających dzieci we współczesnej rodzinie. Takie założenie oznacza implicite sformułowanie hipotezy, iż poziom dramatów dotykających dzieci ze strony ich rodziców/osób wykonujących władzę rodzicielską, usprawiedliwia sięgnięcie po środki niemalże ostateczne, gdyż takimi w mojej ocenie, pozostaje występowanie z roszczeniami odszkodowania przeciwko własnym rodzicom. Na osobną uwagę zasługiwać może także wysokość tego roszczenia.

W polskich warunkach, obowiązek zapłaty kwoty stu pięćdziesięciu tysięcy, jest dla przeciętnie zarabiającej rodziny, perspektywą nie do udźwignięcia nie tylko materialnie, lecz i mentalnie. Wspominam o tym, bowiem o ile w obrocie gospodarczym, każdy kto podejmuje ryzyko związane z podjęciem wolnorynkowej działalności zarobkowej musi, a priori, uwzględnić możliwość utraty zainwestowanego kapitału, tudzież powstania nawet znacznych rozmiarów zobowiązań finansowych, to w „obrocie rodzinnym” nie uwzględnia się, zapewne w najbardziej koszmarnych wizjach przyszłości, że rodzic, gdy jego rodzicielska misja dobiegnie końca, będzie przymuszany przez własne dziecko do zapłaty zadośćuczynienia za straty „moralne”.

Tytułem dygresji dodam, iż wątpię przy tym, by którykolwiek z rodziców, w chwili podejmowania decyzji o posiadaniu potomka, zdawał sobie sprawę, jakie poniesie z tego tytułu łączne koszty (być może wielu rodziców, wraz ze zwiększającym się stażem opieki nad potomstwem, wyraźniej wskazałoby, jako istotniejsze, czasami może bardziej obciążające, koszty inne niż materialne...).

Nie ulega jednak wątpliwości, iż dorosły człowiek, który świadomie lub nawet nieświadomie powołuje do życia człowieka, jest zobowiązany do dołożenia najwyższej staranności, by z poszanowaniem własnej przestrzeni, zapewnił dziecku należyty mu komfort materialny i nade wszystko emocjonalny. Z pewnością odpowiednie zagospodarowanie obu tych obszarów wiąże się ze sporym wysiłkiem rodziców. Na szczęście dla tych ostatnich, pomimo iż relacja rodzic-dziecko nie ma charakteru ekwiwalentności, to jest ona źródłem bogatych, niezwykle ważnych przeżyć i doświadczeń, głęboko usensowniających ich życie.

W kontekście wcześniejszych słów, koniecznym staje się odpowiedź na, co najmniej, kilka pytań. Otóż być może rodzice powinni, śladem przedsiębiorców, liczyć się z kosztami odszkodowań zasądzanych w związku ze stwierdzonymi zaniedbaniami i uchybieniami w wykonywaniu władzy rodzicielskiej. Może usankcjonowanie takich praktyk okaże się motywujące i uświadamiające rodziców oraz ozdrowieńcze dla dzieci, po pierwsze poprzez więcej uważności dla nich ze strony opiekunów, a w jej braku, możliwości uzyskania satysfakcji finansowej za szkody wynikłe z tego faktu.

Może zapoczątkowana tym pozwem, przyszła galeria, już dorosłych dzieci, emocjonalnych wraków/milionerów, wzbogaconych na procesach sądowych wytoczonych własnym rodzicom, będzie remedium na rodzinne patologie, odstraszać będzie niegodziwe praktyki i zachęcać do świadomego rodzicielstwa. Może w końcu jest tak, że jest to droga do urzeczywistnienia wartości obecnych w naszym kręgu kulturowym, w szczególności poszanowania godności człowieka, jego wolności oraz poczucia sprawiedliwości.

Bezspornie, u podstaw oceny zasadności pozwu, o którym mówimy, leży pojęcie godności osoby ludzkiej oraz wynikającemu z niej prawa do wolności. W tym miejscu chciałbym nawiązać do wspomnianej wcześniej tradycji chrześcijańskiej, do interpretacji podstawowych wartości, w ujęciu nauki społecznej kościoła. Chrześcijańskie widzenie godności człowieka zakłada, w przeciwieństwie do myśli liberalnej, iż składają się nań dwa wymiary, naturalny i nadprzyrodzony (Boski). Rozumiana w ten sposób godność człowieka prowadzi do wniosku, iż w każdych warunkach politycznych, społecznych, prawa stanowionego etc., zasługuje ona na ochronę, jako immanentnie związana z jednostką ludzką. Istnieje zawsze, uprzednio do wszystkiego „ziemskiego”. To zaś implikuje rozumienie wolności, która w odróżnieniu od aksjologii liberalizmu, nie jest jedynie emanacją indywidualizmu pojmowanego, jako jedynie luźne i do tego na mocy autonomicznej decyzji jednostki, powiązanie z innymi osobami.

Ów nadprzyrodzony „gen” człowieczy powoduje, iż nie możemy powiedzieć, że jesteśmy w jakiejś relacji, wyłącznie mocą własnej decyzji. Relacją taką bez wątpienia jest więź, jaka łączy nas z rodzicami, bez względu na fakt, czy fizycznie byli, są obecni w naszym życiu, jak oceniamy ich starania i postawę względem nas – ich dzieci. Z powyższe nie wynika bynajmniej, że nie mamy prawa do oceny, a tym bardzie uczuć względem tego co nas spotkało ze strony rodziców. Refleksja w tym obszarze przyda się każdemu. W skrajnych przypadkach, tj. w sytuacji gdy rodzice dopuszczają się przestępstw wobec dzieci, nikt chyba nie ma wątpliwości, iż „cały świat” winien reagować.

Być może w przypadkach dopuszczenia się przez rodziców popełnienia czynów karalnych, ich dzieci, gdy uzyskają taką sposobność (tj. gdy dorosną), mogą poprosić wymiar sprawiedliwości o ocenę lub karę. Choć pozostaje to, nawet w najtrudniejszych sprawach, mocno kontrowersyjne. Dzieje się tak dlatego, iż wolność, w tym przypadku do podjęcia decyzji o pozwaniu rodziców, bez związku z dobrem (dorosłego dziecka), staje się opozycją do wolności. Nie realizuje jego najgłębiej pojętego interesu.

Truizmem będzie powiedzieć, iż dorosłe dziecko, które doznało krzywd w dzieciństwie, ma cholernie trudno. Tym bardziej jednak to dorosłe dziecko winno być uważne na siebie, podejmować działania, które doznane krzywdy będą przekuwać w życiowy kapitał dobrego życia. W szczęście, które jest dostępne, a przynajmniej, o które warto zawalczyć. Odpłata, zemsta, w postaci pozwu o „grubą kasę”, choć wydaje się zmierzać do upragnionego spokoju i poczucia sprawiedliwości, w rzeczywistości doń nie prowadzi. Pogłębia jedynie uczucie wykorzenienia oraz osamotnienia. Wsparcie, którego potrzebuje dorosłe dziecko „zgarbione” pod ciężarem trudnego dzieciństwa, winno zmierzać, na tyle ile to możliwe, w stronę integracji osobistej oraz uzdrowienia więzi rodzinnych. A do tego bliżej w gabinecie psychoterapeuty, nie w sądzie...

Na zakończenie chciałbym zauważyć, że przeważająca liczba przypadków, kiedy rodzice dopuścili się pokrzywdzenia swego dziecka, gdy naruszyli jego godność dziecka, na szczęście, nie dotyczą najcięższych „zbrodni”, jakich mogą dopuścić się dorośli. Jeśli w odniesieniu do wszystkich rodzin, w których pojawiły się mniejsze czy większe tragedie, dysfunkcjonalności i deficyty, mamy uwierzyć, że przyznane przez sąd odszkodowanie uzdrowi relacje, wiarę w instytucję rodziny, społeczeństwo, to ja decyduję, iż NIE POZYWAM swoich rodziców! Choć przyznam, że czasami nachodzi mnie taka ochota... :)
Trwa ładowanie komentarzy...